pamietnikirian blog

Twój nowy blog

Tyle się zbierałam by coś w końcu tu napisać… I tak się zbierałam, że w końcu piszę przyparta do muru bo od jutra nie bedę miałą kontaktu ze światem… Znowu TAM idę… Czuję ulgę, a z drugiej strony tak cholernie się boję… Całe Święta przerzygałam… więc jak ja tam wytrzymam? Chcę jeść normalnie, ale nie chcę być tłusta, chcę wyglądać szczupło ale nie chudo, chcę mieć siłę, ale nie mając zwały tłuszczu… Wiem że muszę tam iść, że sama nie dam rady… Już ledwo kontaktuje ze światem… Nie wiem co się dzieje dookoła, mam problemy z pamięcią, a zespół jelita drażliwego co raz bardziej daje o sobie znać… Nie mam siły na nic… Marzę by zasnąć i przespać ten cały koszmar… Całą pieprzoną maturę, szkołę… Nie wiem jak ja dam rade… Fakt faktem bardzo szybko udało mi się załatwić ten szpital, ale czy ja się nie rozleniwię? Czy nie zawalę matury? co ja chcę robić w życiu? Może faktycznie będę się tułać od szpitala do szpitala, jak to moja mama ostatnio stwierdziła… Grunt to wiara w dziecko… Chociaż ja też się boję, że nie będę potrafiła jeść normalnie, delektować się smakiem, nie wrzucać w siebie jedzenia jak w śmietnik… Nie wiem, nie wiem co to będzie… Boję się… Wiem że będę się źle czuła z tym jak wyglądam, z drugiej strony wiem że w domu bym tyła i wymiotowała i to by było jeszcze gorsze… Juz nawet nie wiem co piszę :( narazie mowię wam papa, odezwę sie jak tylko bede mogła… Trzymajcie sie :*

Nie ogarniam… po prostu czuję się jakbym żyła we śnie, w jakimś koszmarze. Nie kontaktuje ze światem, nie wiem co się dookoła dzieje… Żyję jak we mgle… Nie mam na nic siły ani ochoty… Świat zewnętrzny mnie przeraża. Mam jakieś przewidzenia, boję się iść sama gdziekolwiek bo mam wrażenie że ktoś mnie śledzi i zaraz zaatakuje. To jakaś paranoja jest. Byle rzecz mnie stresuje, wpadam w histerię i robie rzeczy których tak naprawde nie chce… Ostatnio gdy dowiedziałam się o paru sprawdzianach w szkole, po prostu wyszłam z płaczem z budynku i poszłam na piechotę do domu… 5 km… Dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę z mojej głupoty… Myslałam że nie dojdę do domu… W pewnym momencie chciałam się rzucić z mostu… Zaczynam być co raz bardziej niebezpieczna sama dla siebie. Ale nie daję sobie taryfy ulgowej, co to to nie. Wciąż zapierdalam, robię ćwiczenia, uczę się – kij z tym że nic do głowy nie wchodzi, widocznie za mało pracuje, więc staram się pracować więcej. Moje ciało błaga o odpoczynek, moja dusza płacze z wycieńczenia, ale ten wewnętrzny głos, ta pieprzona choroba każe mi się katować, każe dążyć do perfekcji, mówi że stać mnie na więcej. Więc trwam w tym chorym stanie… Czuję ból w kościach, rano ledwo wstaje z łożka, gdy idę mam zawroty głowy, ale nie daję sobie odpocząć, nie mogę się zatrzymać… Próbne matury i wirus mnie wykończyły. Kolejne kilogramy w dół… 3 tygodnie siedzenia w domu ale i tak wciąż kaszlę i chrypię. W końcu poszłam do szkoły na lekcje… ludzie mówią że wyglądam jak śmierć. Ja się uśmiecham, wzruszam ramionami i mówię: E tam, przecież ja jem… Tylko kurde kogo ja chce oszukać? Wczoraj byłam w końcu na terapii… Wyjście jest tylko jedno – szpital… Skierowanie już wypisane, teraz trzeba tylko od nowa wszystko załatwiać. Anoreksja buntuje się, płacze, przecież tam mnie upasą, znowu to tłuste obrzydliwe żarcie. Nie po to tyle pracowałam ćwiczeniami by teraz obrosnąć w tłuszcz. Ale dusza się cieszy. W końcu odpocznie. Przymusowy odpoczynek to to czego potrzebuje. Sama sobie nie dam odpocząć, ale tak bardzo tego chcę… Chcę tam iść. Tam się bede czuła bezpiecznie. Nie bede się przejmować jakimiś pieprzonymi klasówkami, odpytywaniami, wczesnym wstawaniem i zapieprzaniem do szkoły. Będę się mogła uczyć tego co mi potrzebne, magazynować siły i kurwa zdam tą maturę! A jak nie to trudno, żaden pieprzony wewnętrzny krytyk nie będzie mi niszczył życia! Moja dusza chce życ! Serce boi się zycia, boi się przyszłości, z trudem bije, ale chce zyc! To ONA chce mnie zabić. Mam być zdrowa. Nie dociągnę do matury jak tak nadal będę życ. Nie jestem jeszcze skrajnie wychudzona ale już jest mi ciężko ze wszystkim. Z drugiej strony idą święta, studniówka… Mam to wszystko stracić przez pobyt w szpitalu? Nie mogę tego przegapić… Ale może jakoś uda się wynegocjować z lekarzami przepustki… heh… już gadam jakbym na pewno tam szła… dopiero 8 grudnia mam konsultację, nie wiem co z tego wyjdzie… Mama dzwoniła do pani doktor, a ta oczywiście musiała robić jakieś problemy, bo przecież wypisałam się latem na własne żądanie… kurde i to jest powód by odmówić mi pomocy? przecież nie wypisałam się w stanie zagrożenia życia! moja doktor prowadząca dawała mi duże szansę i dobrą opinię! byłam w rewelacyjnym stanie psychicznym, byłam pełna chęci do życia, wyszłam wczesniej nie dlatego że nie chciałam się leczyć… Chciałam mieć choć trochę wakacji, chciałam nadrobić to co mnie ominelo, chciałam wrócić do ludzi… Skąd mogłam wiedzieć co dalej się będzie działo? No ale nic, zobaczymy jak to będzie… ta lekarka akurat we mnie nie wierzyła… już czuję jak mi będzie cisnąć z tego powodu… heh, to się nazywa chęć pomocy pacjentowi…No ale nie bede zapeszać, zobaczę ja to będzie we wtorek… tymczasem mam ochotę jak najbardziej się zniszczyc do tego czasu… chcę by mnie przyjeli! stanę na głowie po prostu, mimo iz nie lubie tej kobiety to bede ją błagać, bo to dla mnie jedyny ratunek! nie poradzę sobie inaczej… Poza tym szpital odciąży moją mamę. Nie mogę patrzeć jak ona cierpi, jak ja ją oszukuję i nie potrafię z tym walczyć… Wczoraj po raz pierwszy od dawna usiadłysmy do kolacji razem. Miałam prawie nic nie zjeść. Tymczasem się objadłam, a potem zjadłam jeszcze całą paczkę jakiś zelków. Skończyło się oczywiście w kiblu…. potem tabletki przeczyszczające… Przecież tak nie można życ. Albo nic nie jem, albo połykam a potem rzygam albo się przeczyszczam… Pierdolę tą szkołę, chcę mieć siłę i chęć by żyć! bez tego najlepsze stopnie nic mi nie dadzą! heh… moje kochane koty… one czuja co sie dzieje… nie chce ich zostawiac, nie wyobrazam sobie ze moze mnie dla nich zabraknac… musze zyc dla nich, opiekowac sie nimi, sa dla mnie jak dzieci ktorych byc moze nigdy nie bede miec…i jeszcze jest moje Kochanie… jak on cierpi… Chce by był szczesliwy, by był ze mnie dumny, bysmy znów tak swietnie sie bawili razem jak kiedys… A ja mu tego wszystkiego nie jestem w stanie dać… Obiecał że mnie nie opuści i dotrzymuje słowa… tak bardzo go podziwiam… Tak bardzo go kocham a nie potrafię mu tego okazać, tak bardzo go potrzebuje a odpycham… Wstydzę się siebie… Wstydzę się tego że wszystkich zawiodłam… Wstydzę się mojej pieprzonej słabości… ale jestem chora… i potrzebuje pomocy choc sie do tego nie przyznaje… mam dosc tego bólu i cierpienia… nie znosze mojego ciala za to ze jest slabe, ze jest tluste a za razem kościste…ale sama sie do tego stanu doprowadziłam… i z niego wyjdę… nie wiem kiedy, ani jak… potrzeba wielu upadków by w koncu stanąć  porządnie na nogach. Kiedys mi sie to uda… Tylko czy nie bedzie juz za poźno? tyle juz straciłam… ciagle mysle o minionej przeszłosci…. jak wtedy było zajebiscie… ale to nie wroci… teraz jest teraz i musze nauczyc sie zyc na nowo…

,,Odzywa się we mnie głos jakiś wewnętrzny, który, ilekroć się odzywa,
odwodzi mię zawsze od tego, cokolwiek w danej chwili zamierzam czynić,
sam jednak nie pobudza mię do niczego…”

Platon ,,Obrona Sokratesa”

Nie wiem, nie wiem co mam dalej robić… Nie mam już siły, nie chcę walczyć… Chcę być chuda, chcę mieć kontrolę… To jedyna rzecz w której mogę być dobra… Nauka mi nie idzie, nie chce mi się uczyć, nie chce mi się spotykać z ludźmi… Nie chcę mi się nic. Mogę siedzieć całymi dniami w domu, nic nie jeść, pić kawę i gapić się tępo w monitor lub spać… Sen jest najlepszy na wszystko, ciągle bym spała… Rano nie potrafię się zmusić by wstać… Wszystkie mięśnie odmawiają posłuszeństwa… Właściwie po co mam wstawać? Chyba tylko po to by włączyć telewizor i sięgnąć po komputer… No i ćwiczyć… Nienawidzę tych ćwiczeń… Ale wiem że muszę, muszę się ruszać, muszę spalać kalorie, muszę chudnąć… Muszę zrzucić ten okropny tłuszcz… Jaki sens ma takie życie? Nie ma… Nie czuję nic… Nawet nie chce mi się płakać… Nie użalam się nad sobą, po prostu pierdolę to życie… Ciągła wegetacja… Tylko dlaczego wciąż towarzyszy mi to poczucie winy że nic nie robię? Że nie zdam matury? Po cholere mi matura skoro nie wiem co dalej robić… Nie mam pomysłu na zycie… Boję się dorosłości, boję się tego co dalej będzie… Nie wyobrażam sobie siebie za parę lat. Chciałabym żeby czas się zatrzymał, albo cofnął do tych lat beztroski. Niestety nie ma takiej opcji… Więc skoro czas nie może, to może ja się zatrzymam? Zatrzymam życie, odejdę taka jaka teraz jestem? Nie, nie zrobię tego… Wiem jaki to jest ból jak się kogoś straci… Ale mogę wegetować… Mogę żyć codziennie tak samo… Pobudka, kawa, drzemka, kawa, ćwiczenia, książka, spanie… i tak w kółko… Wiem, że to nie ma sensu, że to jest błędne koło, że niszczę siebie, ranię bliskich… Ale co z tego, że ja to wiem? Takie czuję powołanie… Nie potrafię niczego zmienić… Próbuję od kilku lat i nic… Płomyczek nadziei i wiary wygasa… Chyba nikt już nie potrafi mi pomóc, jeśli ja sama nie wezmę się do roboty… A ja już po prostu nie mam siły… Już tyle straciłam, że teraz wszystko wydaje mi się takie obojętne… Wypaliłam się… Wewnątrz siebie czuję pustkę… Tylko wciąż towarzyszy mi ten głos: „Skoro wszystko spieprzyłaś, do niczego się nie nadajesz, to możesz być chuda, pokaż im wszystkim że to potrafisz, że w tym jesteś doskonała”… Nienawidzę tego… Nienawidzę swojej słabości i beznadziejności… Nienawidzę siebie za to wszystko… Ale trzeba żyć… Nie wiem jeszcze po co, ale trzeba…

nicht gut

Brak komentarzy

No i kolejny dzień siedzenia w domu… Taki sam jak poprzedni :/ Znów ten natłok czarnych myśli i poczucia beznadziejności i powtarzania sobie w kółko że zaraz się zabiorę za zadania… Poczytałam trochę „Granice” co raczej nie poprawia humoru :P Niestety stan mojego zdrowia pozostawia jeszcze wiele do życzenia, także dzisiaj mama postawiła mi bańki… Zatem nici z jutrzejszej terapii… Chyba w ogóle do poniedziałku nie bede się ruszać z domu. Heh… ja to potrafię się urządzić :/ ale głupia oczywiście ćwiczeń nie odpuszczam… no a jutro zobacze sie z moim mężczyzną ;] ale to też znaczy że będę musiała wziąć się w garść i ogarnąć siebie i bałagan w pokoju… eh będzie cieżko, ale kontakt ze światem zewnętrznym dobrze mi zrobi ;)

Mama coś tam się pytala ile waze ale udałam ze nie słysze. Obiecałam sobie ze jak juz bede miała wyznaczona diete to bede jesc normalnie, by zobaczyc jak waga sie bedzie zachowywać… No ale co z tego że sobie obiecałam, jak się boję cokolwiek zjeść i w ogóle jeść mi się nie chce… nie mam siły juz z tym wszystkim walczyc… ide spac…

no respect…

Brak komentarzy

No i kolejny dzień minął… Rano ledwo zwlokłam się z łóżka, antybiotyk jeszcze nie zaczął działać :/ Oczywiście ze śniadaniem poczekałam aż rodzice wyjdą… Niby mam ustaloną dietę, ale co z tego skoro i tak jak jestem sama to nie jem wszystkiego… Z resztą ta dieta to taki pic na wodę. Poszłam do tej dietetyczki żeby mama mi dała święty spokój ;/ Po krótkiej pogadance o moim trybie życia, co lubie czego nie lubie itp, usłyszałam to co doskonale wiem – piję za mało i jem za mało wartościowe rzeczy… No ale nic, dostałam ten jadłospis który ma mi niby pomóc narazie utrzymać wagę, ustabilizować sytuację w żołądku i dawać siłę do działania. Szczerze powiedziawszy trochę mnie zaskoczył… Pani potraktowała sprawę moim zdaniem trochę ogólnikowo, odnoszę wrażenie jakby na chybił trafił wszystko umieszczała… Chociaż kto zrozumie dietetyka… W szpitalu też często tak było że w jeden dzień dowalili tyle że można było pęknąć a w inny odczuwałam mały głód :P No ale wracając do sprawy… Nie wiem ile to wszystko ma kalorii, podobno jest oparte na Indeksie Glikemicznym. Nie zmienia to faktu że i tak prawie nic nie jem, sięgam po to co mi pasuje z tego co jest napisane. Plusem dla mojej psychiki jest to że przestałam podjadać, a w weekendy kiedy rodzice pilnują nie mam aż tak dużo do zjedzenia, bo dieta składa się głównie z warzyw :P

Wracając do dnia… Tradycyjnie (i bardzo „zdrowo”) trzeba było zacząć dzień od kawy… Zaryzykowałam dzisiaj zważenie się… W niedziele były imieniny cioci także mój niedobór cukru został zaspokojony z nadwyżką… Nie mogłam zwymiotować, więc poszła Xenna w ruch :/ No i na szczęście dzisiaj było trochę mniej niż przed weekendem. Eh, czy ja kiedyś przestanę robić sobie taką krzywdę? Nie chcę być obżartuchem weekendowym i głodzić się w tygodniu , ale nie potrafię inaczej… Mimo iż teraz mam całą rozpiskę wszystkiego co mam kiedy jeść to i tak dupa z tego wychodzi… Cały dzień dzisiaj spędziłam na myśleniu o tym ile przez to siedzenie w łóżku przytyję. Boję się zjeść głupiego miętuska, wypić soczek a nawet dochodzi do tego że ograniczyłam ilość ssania tabletek na gardło… To jest chore, anoreksja bierze nade mną górę gdy jestem sama… Ostatkiem sił zmuszam się jeszcze by wypić chociaż ten litr płynów dziennie, szczególnie podczas choroby… Skubne tu pieczarki, tam pomidora… I wiecznie sobie wrzucam, że jestem leniwa, że znowu się nie uczę, że nic nie robię… Kij z tym że jestem chora, że powinnam odpocząć i nie w stanie się uczyć – to jest mój zasrany obowiązek. Ciągłe słyszę ten głos: ,,Musisz się uczyć, jak się nie będziesz uczyć to nie zdasz matury” no i do tego jeszcze dochodzi wieczny problem za dużego brzucha… Przez zwiększanie ilości płynów  i surowych warzyw w diecie oraz duże ilości zucia gumy i picia kawy ciągle jest wzdęty… No więc skoro nie moge się uczyć, jestem gruba i beznadziejna, cały dzień siedzę i nic nie robię – to trzeba ćwiczyć… Więc ćwiczę… Rano, po południu, wieczorem… W końcu padam wieczorem z obolałymi mięśniami i kręgosłupem, ale z satysfakcją, że jednak coś zrobiłam, że pracuję nad swoim znienawidzonym ciałem… Lecz czy to naprawde sprawia MI satysfakcję? Czy raczej JEJ? Nie wiem… ale myślę że jak dłużej pobędę sama ze sobą to się w końcu zakatuję ;/ Już samo myślenie o tym wszystkim wykańcza człowieka, a co dopiero gdy dochodzi wirus i ćwiczenia… Wieczorami (póki nie przygotowuję się do szkoły na następny dzień) oddycham trochę z ulgą, bo można pogadać z ludźmi, z Nim, są rodzice w domu, trzymam się z daleka od kuchni, nie prowadzę ze sobą monologów… Ale nie mogę być uzależniona od innych… Powinnam nauczyć się żyć sama, dbać o siebie a nie niszczyć, nie niszczyć tego co już osiągnęłam, nie wracać do punktu wyjścia – a jednak wciąż to robię….

Na szczęście w czwartek idę do psychiatry… Także oby do czwartku :)

Let’s begin…

1 komentarz

Po paru próbach pisania pamiętnika, zebrałam się w sobie by zacząć pisać na blogu… No więc zaczynam na nowo prowadzenie bloga pod tym adresem, ale w zupełnie innym celu. W jakim? Właściwie to do końca nie wiem… Ale poczułam wewnętrzną potrzebę wyrzucenia gdzieś wszystkiego z siebie i zainspirowało mnie pare osób na których blogi trafiłam. Ogólnie ludzie postrzegają mnie jako odrobinę rozpieszczoną nastolatkę, która ma zajebiste życie… Nawet nie wiedzą jak bardzo się mylą, ale w większości przypadków nie czuje potrzeby uświadamiania innym jak jest. Z chorobą zmagam się od listopada 2006 roku. Zaczęło się niewinnie od odchudzania i chęci bycia perfekcyjną, dążenia do ideału, a skończyło się dwu i pół miesięcznym pobycie na oddziale, depresji i myślach samobójczych. Później przez rok w miarę się trzymałam, ale ta podstępna choroba ciągle we mnie drzemała i dopadła znowu. Przez pół roku próbowałam walczyć w domu, aż w końcu wyraziłam zgodę na szpital, z którego wypisałam się po miesiącu na własne żądanie czując że mam siłe i wiarę by samej coś zmienić. Jednak wraz z zakończeniem wakacji ten cały zapał uległ wygaszeniu i z powrotem powoli wszystko wraca do punktu wyjścia. Do tego doszły jeszcze napady obżarstwa, wymioty, przeczyszczanie się a potem głodzenie. Od trzech lat chodzę w miarę regularnie na terapię,z czasem przestałam się wstydzić choroby, zaczęłam mówić o niej w miarę otwarcie. Ciągle szukam swojego miejsca w tym świecie i prawdziwego ja… Czasem już nie rozróżniam która część mnie jest ta zdrowa a która chora :/ Staram uczyć się na własnych błędach, mimo iż starsza to wciąż głupia… Racjonalnie chyba wiem już wszystko – jak to kiedyś usłyszałam od jednej pani pedagog, gorzej z podświadomością i tym co jest w środku… Wciąż się potykam i wstaję, potykam i wstaję… Zastanawiam się tylko kiedy nie wstane? I ile jeszcze stracę przez tą chorobę? Owszem zdarzają się też „górki”, co prawda krótkotrwałe… Jednak żeby nie było tak, że tylko narzekam, to na koniec przedstawię pare pozytywów: jestem od dwóch lat szczęśliwie zakochana we wspaniałym facecie, który pomimo wszystko nadal jest ze mną i nie zanosi sie narazie by miało być inaczej :), wychowuję dwa koty które są dla mnie jak dzieci, mam niewielu aczkolwiek niesamowitych i oddanych przyjaciół na których zawsze mogę liczyć, ja sama zawsze chętnie udzielam pomocy, sprawianie innym radości i pomoc im dają mi lekkiego kopa by dalej iść do przodu :) No i to by było na tyle na dobry początek :D Obecnie złapałam jakiegoś wirusa, biorę antybiotyk i muszę siedzieć w domu :/ z jednej strony to dobrze – bo w końcu odpocznę, ale z drugiej strony szlag mnie trafia że nic nie robię, że nie jestem w stanie się uczyć i że ciągle leżę albo siedzę… i tyję… ogólnie kryzysowo…


  • RSS